Misje na krańcu świata. Codzienność polskiego misjonarza w Papui-Nowej Gwinei
sty 2026
6 stycznia Kościół katolicki w Polsce obchodzi Dzień Modlitwy i Pomocy Misjom. To moment, by spojrzeć w stronę tych, którzy głoszą Ewangelię na „końcu świata". Jednym z nich jest ks. Marek Sobotta, misjonarz pochodzący z diecezji opolskiej, który od ośmiu lat posługuje w Papui-Nowej Gwinei. Codzienność w tropikach? To nie tylko ocean i palmy, ale przede wszystkim – droga przez błoto, rzeki bez mostów i Kościół budowany z pomocą ludzi dobrej woli - informuje Vatican News.
Ks. Marek Sobotta nie planował wyjazdu na inny kontynent. Jak sam przyznaje, powołanie misyjne narodziło się... w czasie choroby. „Miałem bardzo ostre zapalenie opon mózgowych. Rokowania były średnie. Trochę może niechlubnie, ale targowałem się z Panem Bogiem – obiecałem, że jeśli wrócę do zdrowia, zrobię coś szczególnego".To „coś szczególnego" okazało się być wyjazdem na misje. Gdy pewnego dnia usłyszał w radiu apel bpa Józefa Roszyńskiego z Papui-Nowej Gwinei, wspomnienie tamtej obietnicy wróciło ze zdwojoną siłą. „Nie miałem już żadnych wątpliwości, że to właśnie jest sposób, by podziękować Bogu za zdrowie". Tak rozpoczęła się droga, która zaprowadziła go do dwóch parafii: św. Wawrzyńca w Dagua oraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy w But, łącznie obejmujących 19 wiosek i 18 kościołów rozsianych na rozległym terenie.
Życie między buszem a Pacyfikiem
Papua-Nowa Gwinea może wyglądać jak raj, ale misja w tym państwie to nie wakacje. „To kraj przepiękny, tropikalny, z bajkowymi widokami oceanu. Ale jednocześnie bardzo trudny – jeśli chodzi o infrastrukturę i rozwój cywilizacyjny" - mówi ks. Marek Sobotta.
Drogi są w złym stanie, w porze deszczowej niemal nieprzejezdne. Na terenie parafii But nie ma mostów – dziewięć rzek trzeba pokonywać pieszo lub w bród. „Czasem można utknąć na kilka dni między rzekami. Ale ludzie się cieszą, gdy ksiądz zostaje z nimi, nawet przymusowo" - dodaje misjonarz. Taka podróż to logistyczne wyzwanie: wszystko trzeba mieć przy sobie: od wody pitnej po lekarstwa i jedzenie.
Mimo trudności, misja przynosi radość. Najważniejsza są Msza św., sakramenty i spotkania z ludźmi. „Sprawowanie sakramentów, odwiedzanie parafian w wioskach – to sprawia mi naprawdę wielką radość" - podkreśla.

Ewangelizacja, edukacja i... muzyka
W Papui-Nowej Gwinei Kościół katolicki ma zaledwie nieco ponad 100 lat. Wiara jest jeszcze młoda i narażona na wpływy agresywnych sekt. „Pozyskują ludzi przez zabobony i pieniądze" - mówi ksiądz. Dlatego misje to nie tylko modlitwa, ale też edukacja i wychowanie, zwłaszcza młodzieży.
Jedną z najciekawszych inicjatyw jest... szkoła muzyczna z własnym studiem nagrań, zbudowana dzięki pomocy polskiej orkiestry dętej Solidaris Brass z Kędzierzyna-Koźla. „Chcemy wykorzystać naturalny talent muzyczny młodych ludzi. To sposób na zajęcie im wolnego czasu i ochronę przed zagrożeniami: agresją, alkoholizmem, narkomanią".
Misja angażuje się też w edukację kobiet – dzięki wsparciu watykańskiej Dykasterii ds. Posługi Miłosierdzia udało się wybudować szkołę, w której uczą się gotowania i krawiectwa, by mogły same się utrzymywać. Planowane jest także centrum formacyjne dla liderów świeckich, którzy poprowadzą liturgię w wioskach – ksiądz nie jest w stanie być w każdej co niedzielę.

Bez wsparcia z Polski nie byłoby niczego
Misje w tropikach to nie tylko praca duszpasterska, ale też ciągłe zmagania z klimatem, warunkami życia i... termitami. „Przy tej wilgotności i żarłocznych termitach bardzo trudno utrzymać kościoły. A dwa z nich zawaliły się po trzęsieniu ziemi" - opowiada misjonarz. Nowe budynki wymagają konstrukcji stalowych, materiałów, transportu. To wszystko kosztuje, a bez pomocy z Polski byłoby niemożliwe.
„Bez zewnętrznych środków naprawdę nie dałoby się tutaj nic zrobić" - mówi. Dlatego tak ważne jest wsparcie modlitewne i finansowe z kraju. „Czujemy, że wielu ludzi w Polsce pamięta o nas – to taka gwiazda, która dodaje nam nadziei w misyjnych trudach".
Choć rzeczywistość misyjna jest trudna, daje też szansę na osobiste uświęcenie. „Widzę w tym nowy etap kapłaństwa; może bardziej przypominający czasy Pana Jezusa. A jeśli udało się choć jedną duszę doprowadzić bliżej Niego, to już jest sukces misyjny".

Jeśli chcesz wesprzeć misje – 6 stycznia to dobry dzień, by to zrobić. Ale modlitwa, dobre słowo i pomoc materialna są potrzebne przez cały rok. Jak mówi ks. Marek Sobotta: „Dzięki Wam możemy jeszcze lepiej służyć naszym parafianom".
zdjęcia: archiwum ks. Marek Sobotta




0 komentarze