Jak chorować? Pytania, których się boimy

Czytelnia Pt. 06.02.2026 15:07:39
06
lut 2026

„Jak chorować? Pytania, których się boimy” – to tytuł książki autorstwa Katarzyny Matusz. Stawia ona w niej pytania, na które odpowiada ksiądz Stanisław Szlass, psychoterapeuta i superwizor.

Wspomnij swoje dzieciństwo. Czego byłeś uczony? Czego się nauczyłeś?Że nie wolno się przeziębić? Że choroba to coś złego? Najważniejsze to nie zachorować? Uważaj, żeby nie sprawić przykrości swoją chorobą rodzicom? Że gdy zachorujesz to sprawisz kłopot? Że choroba - to cierpienie, łzy, napięcie, ból i zmartwienie? Czego się nauczyłeś, gdy byłeś małym dzieckiem w temacie choroby, chorowania? Jakie nosisz w pamięci zachowania, reakcje, przeżycia, atmosferę, gdy ktoś chorował?Ktoś z tobą rozmawiał o chorowaniu? Pytał, jak przeżywasz? Czy się boisz, martwisz? Czy opiekunowie wyjaśniali Ci to, co się dzieje? Wizytę w szpitali, chorobę, umieranie?

Są takie doświadczenia, które nie wydarzyły się w czasie dzieciństwa: rozmowa, wyjaśnienie, nazywanie, ukojenie, uspokojenie. Ponieważ to się nie zadziało wtedy, gdy na to był czas – pozostaje pustka z tego okresu dzieciństwa. Zostaliśmy sami ze sobą, z pytaniami, które przestraszały, może nawet przerażały. Brak z tamtego okresu, który nie będzie nigdy zaspokojony. Nie możliwe jest cofnąć się do czasu dzieciństwa i nadrobić. Ten brak pozostaje na całe życie.

Mając świadomość tych braków, a jednocześnie pytań, wątpliwości, dylematów, lęków z okresu dzieciństwa, dzisiaj, gdy jesteśmy dorośli – możemy ugłośnić te pytania. Dzisiaj możemy o tym rozmawiać, pytać, szukać odpowiedzi, wsparcia, pomocy. Bo dzisiaj jesteśmy już w innym miejscu życia.Wielu z nas nie zostało nauczonych chorować, radzić sobie z bezradnością, rozmawiać o chorobie, umieraniu, samobójstwach, cierpieniu, bezradności… Możemy się uczyć. Dzisiaj – już jako dorośli możemy rozmawiać o rzeczach, o których się nie śniło. Możemy stawiać pytania, które kiedyś mroziły atmosferę i powodowały niezręczną ciszę.Dzisiaj możemy uczyć się rozmawiać o chorobie, o bezradności, o cierpieniu, o myślach samobójczych, o pogrzebie, odchodzeniu – i być w tej rozmowie szczerym, prawdziwym, autentycznym, przejrzystym – przypomina Stanisław Szlassa, kapłan i psychoterapeuta w książce „Jak chorować? Pytania, których się boimy”.

Katarzyna Matusz: Czym jest chorowanie?
Stanisław Szlassa: Myślę, że to może być bardzo nowe spojrzenie dla wielu osób, ale będąc w szpitalu miałem możliwość, żeby przemyśleć wiele rzeczy. Pomyślałem sobie, że chorowanie jest to część tajemniczego, wewnętrznego dialogu, który zachodzi między płaszczyzną ludzką, emocjonalną, duchową i ciałem, że jest to dialog, rozmowa, która ma określoną treść. Ta treść krąży i chce być usłyszana. W ten sposób służy do tego, żeby człowieka pogłębić, bardziej uświadomić, żeby człowieka ubogacić, rozwinąć.

Kwestia jest tylko, żeby nauczyć się czytać ciało, świat emocji, łączyć to i zasymilować z wymiarem religijnym, duchowym, wiary, odniesienia do Boga. Jeżeli uda się to jakoś ze sobą połączyć i odczytać, to okazuje się, że absolutnie choroba jako mowa nie jest mową depresji, nienawiści, smutku, odrzucenia, ale jest mową pogłębienia, szansy. Jest mową, która zaprasza do rozwoju, docenienia, wdzięczności. Jest to piękny dialog.

Jak umiejscowić chorobę w naszym osobistym życiu?
Choroba to jest takie doświadczenie, które niesie w sobie treść. Jak będziemy otwarci na dialog, będziemy ludźmi dialogu, będziemy ciągle dialogować, czyli odczytywać treści w sobie, płynące ze mnie, mojego ciała, moich emocji, myśli, pragnień, to będzie to czymś bardzo naturalnym. A jeżeli jesteśmy zablokowani na dialog, nie myślimy o sobie, że jesteśmy ludźmi dialogu albo jest tak, że boimy się, co usłyszymy, jaki komunikat możemy przekazać ciału, jaki możemy odczytać z naszych uczuć, jeżeli boimy się nie samych słów, ale treści, to wówczas będziemy uciekać od tego dialogu, będziemy głusi na głos naszego ciała, uczuć, sfery psychicznej. Nie będziemy nic odczytywać, będziemy od tego uciekać, będziemy w iluzji, że z nami jest wszystko dobrze.

Będziemy ciągle w takim przekonaniu, że nic się nie dzieje, albo w nakazie, że ma być dobrze. Będziemy twardzielami. Nie będziemy badać się, troszczyć się o swoje ciało, nie będziemy chodzić do lekarza, w sposób adekwatny, zdrowy nie będziemy kontrolować swojego stanu, bo trzeba będzie coś z tym zrobić. To jest lęk przed tym, że jesteśmy słabi, lęk przed tym, że okaże się, że coś się z nami dzieje.

W książce „O niektórych lękach osób starszych” mówiliśmy o tym, że człowiek nie umiera na chorobę, tylko na śmierć.
Sama choroba nie jest zagrożeniem, ale jeżeli ktoś ma w głowie takie zagrożenie, że choroba to zaraz zwiastun śmierci, to rzeczywiście człowiek będzie uciekał od tego dialogu, będzie na niego głuchy.Tymczasem człowiek umiera dlatego, że jest śmiertelnyi to jest coś naturalnego. Człowiek od tego nie ucieknie. O tym od dawna jest mowa w duchowości szczególnie mniszej, zwłaszcza słynne „memento mori” – „Pamiętaj, że umrzesz”. Gdzieś jest to przekonanie, ta myśl, która towarzyszy i ma towarzyszyć. Przecież każda choroba, przeziębienie to już jest osłabienie odporności organizmu, ale to też jest takie przypomnienie: „Pamiętaj, umrzesz”.

Jak żyjesz, jak się o siebie troszczysz? Jaka jest jakość twojego życia emocjonalnego, relacyjnego, jakie masz relacje z ludźmi, jaka jest kondycja twojego życia z samym sobą, czy jesteś pogodzony, pojednany z samym sobą, czy jesteś rozżalony, pełen frustracji, czy pełen żalu, smutku? To jest stan twojego życia, o którym chce ci powiedzieć choroba płynąca z somatyki, z ciała. Z ciała, które naturalnie bywa chore, osłabione, nie raz dopadają je różnego rodzaju wirusy, czy tego chcemy, czy nie, bo one są, w takim świecie funkcjonujemy, a jednocześnie to jeszcze jest element, który mówi: „Jak ty żyjesz?”.

Mówiłeś o kulturze postmodernistycznej, że ma być lekko, miło i przyjemnie.
Postmoderna mówi nie tylko, że ma być lekko, łatwo i przyjemnie, ale ona w ogóle eliminuje z życia cierpienie, ból, coś, co chrześcijaństwo nazywa „krzyżem”. W związku z tym kultura postmodernistyczna odrywa nas od tego dialogu, pokazuje, że nie ma co dialogować, że najważniejsze to jest to, żebyś nie cierpiał. Ludzie idą do wróżek, szukają różnych sposobów, żeby uniknąć cierpienia, bo jest takie naczelne przekonanie, że ma być lekko i przyjemnie.

To prowadzi do ogromnej frustracji, napięcia, bo człowiek się strasznie stara, napina, bardzo dużo go też to kosztuje finansowo, a okazuje się, że organizm nadal jest słaby, nadal choruje, nadal ten dialog między fizyką, psychiką a duchem jest. Kultura odrywa nas od cierpienia i bólu, a więc od tego, żeby nadać temu sens, żeby godziwie przeżywać cierpienie, choroby. Idziemy bardziej w zaprzeczanie niż w to, żeby świadomie przeżywać to, że chorujemy, cierpimy, że obok nas są osoby, które chorują, cierpią, w końcu odchodzą. Ważne jest, żeby świadomie przeżywać bezradność czy bezsilność, szukać pomocy dla siebie – czy to pomocy w relacjach, czy też pomocy duchowej, bycia blisko Boga.

Jak zaakceptować cierpienie w swoim życiu?
Akceptacja to jest decyzja woli. Akceptacja to jest uznanie pewnego faktu, procesu, który się dzieje. Zaakceptować to nie znaczy uznać, że to jest największe dobro i szczęście, na jakie czekałem w moim życiu. Trzeba jednak uznać, że takie jest życie, w życiu takie zdarzenia się dzieją i teraz ja ich doświadczam. One są teraz moim udziałem. Potrzebna jest zgoda na to, przyjęcie, to jest właśnie ten akt woli.

Nie musi to być tak, że teraz, jeżeli zaakceptuję to, to będę miał przyjemne emocje, że będzie mi lekko, że będę czuł tylko wdzięczność i zachwyt. Nie, nadal będę przeżywał być może jakiś ból czy rozczarowanie, czy strach, czy niepokój, czy poczucie niezrozumienia, czy skrzywdzenia, nadal w emocjach będę to miał, ale będę to akceptował jako część mojego życia, mojej egzystencji. Nie można od tego uciec, a jakakolwiek forma ucieczki będzie ucieczką od tego, co jest prawdziwe, realne.

Czy akceptacja przynosi ulgę?
Akceptacja jest pomocą w uznaniu faktu, a jeżeli nie uznajesz faktu, to teoretycznie tego nie ma, a w związku z tym praktycznie nic z tym nie możesz zrobić. Ale jeżeli uznasz fakt: „tak jest”, to możesz już podjąć jakieś działanie.

Co mogę zrobić?
Mogę poszukać pomocy u lekarzy, mogę komuś zaufać, poprosić przyjaciół o wsparcie, mogę się modlić o cud, mogę się modlić do Boga o uzdrowienie, mogę zbliżyć się do Boga i Mu się powierzyć. Mogę powiedzieć: „Boże, moje życie od Ciebie zależy, tylko w Twoich rękach jest moje życie”. Kiedy oddaję Bogu moje życie, to ono nie jest już moje, ale jest ofiarowane, oddane, a skoro oddane i należy do Kogoś, to jeżeli ja bardzo świadomie to przeżywam, to wówczas Ktoś, do kogo należy moje życie, może zrobić z tym darem, co chce.

Może je nawet zabrać do siebie do domu, mówisz, jak to rozumiesz?
To nie jest tak, że Ktoś zabiera moje życie do siebie do domu, do Nieba, dlatego, żeby mnie ukrzywdzić, tylko dlatego, żeby mnie uchronić, bo to jest dar, coś cennego, chce to mieć, zachować i dlatego zabiera mnie do swojego domu. Jeżeli ja mam na to zgodę, to tak to będę przeżywał. Nie jako coś, co ma mnie ukrzywdzić, nie jako doświadczenie, które ma mnie złamać, nie jako doświadczenie, które ma podciąć mi skrzydła, ale jako doświadczenie, które ma mnie otworzyć na samego siebie, na świadome przeżywanie mojego życia, na relacje z ludźmi, relacje prawdziwe, głębokie, szczere, autentyczne, a także na relację z Bogiem, na pogłębienie tej relacji, odświeżenie, ugruntowanie, umocnienie. Choroba jest takim doświadczeniem, które może urealniać mnie w życiu, pomóc mi bardzo świadomie żyć, wypowiadać się, podejmować decyzje, zarządzać swoim życiem, jego jakością.

0 komentarze

Podpisz komentarz. Wymagane od 5 do 100 znaków.
Wprowadź treść komentarza. Wymagane conajmniej 10 znaków.