Mrowie starych aut
cze 2026
Od popularnych „kredensów”, „poldków” i „maluchów” do marek, których istnienia nie byli świadomi nawet fani motoryzacji. XVII Zlot Pojazdów Zabytkowych „Mrowisko” zgromadził kilkaset pojazdów i tysiące zwiedzających. Pogoda była w kratkę, ale kto się wybrał – nie żałował.
Pytani wcześniej o techniczne smaczki organizatorzy byli trochę tajemniczy. Zapowiadali ciekawą kolekcję, nie ujawniając szczegółów. Obietnicy dotrzymali: kolekcja się pojawiła, wprawiając w podekscytowanie nawet tych, co motoryzacją interesują się od dziecka. Kilkadziesiąt cztero- i trójkołowych pojazdów, o zadziwiających kształtach i w rozmiarze kojarzącym się raczej z zabawkami dla dzieci, niż ze środkiem transportu dla dorosłych. Obok niszowych, ale rozpoznawalnych marek takich jak Isetta były również takie, które kojarzyły się z lotnictwem (Messerschmitt i Heinkel) oraz zupełnie egzotyczne (Acoma, Willame’s, czy Hodgep). – Są to tzw. mini-cary, produkowane od lat 50. do 80. Jest to część kolekcji liczącej ponad 80 sztuk, w tym unikaty będące jedynymi egzemplarzami w Polsce. Niektóre z tych aut były produkowane przez zakłady przemysłowe dla robotników, żeby mieli jak dojeżdżać do pracy – tłumaczył Radiu Podlasie właściciel kolekcji, siedlecki przedsiębiorca Dawid Wasilewski.

Poza kolekcją unikatowych samochodowych miniaturek było jak zwykle wiele klasyków z czasów PRL. Maluchy, Syrenki, Fiaty 125 i 126, Warszawy i Wołgi to pojazdy popularne wśród tych, którzy zaczynają przygodę ze starą motoryzacją. Jest ich wciąż sporo, nie brak też warsztatów, których personel zna te pojazdy do ostatniej śrubki i potrafi je dobrze wyszykować. Ale są i takie wozy, które są w rodzinie od nowości, przechodząc z pokolenia na pokolenie. – To były niezawodne samochody. Wytrzymywały naprawdę wiele. Oryginalność tego egzemplarza sięga 90 procent, choć rynek jest już mocno przebrany i o części coraz trudniej. Ja swoją „perłę PRL-u” odziedziczyłem po ojcu, a teraz jeździ nią już czwarte pokolenie, czyli moje wnuki – powiedział nam Cezary Starczewski, który przyjechał na zlot Fiatem 125 z 1968 roku.
Wiele aut, które były kiedyś zwykłymi „wołami roboczymi”, będąc na emeryturze przechodzi nie tylko remonty, ale i modyfikacje. – Zakupiona była do Gminnej Spółdzielni i tam pracowała. Odkupił ją pracownik i trochę odszykował. Potem kupiłem ja i zrobiłem z niej wóz na pikniki. Trochę się ze mnie śmieli, a teraz podziwiają – opowiadał nam właściciel 50-letniej Nyski.


Coraz częściej na „Mrowisku” pokazuje się technika nie-jeżdżąca. Właściciele starych samochodów przywożą i pokazują sprzęt biwakowy, sprzęt grający, stare telefony, kalkulatory i inne zabytki techniki z tej samej epoki, co samochód. Niektórzy dopasowują do auta również swoje ubranie: – Jak reprezentować klasyki, to klasycznie. Noszę oryginalny prochowiec z lat 80. Krawat jest współczesny, ale z ponadczasowymi disneyowskimi motywami. Jeździmy na różne zloty, Mrowiska też staramy się nie opuszczać – opowiadali nam właściciele ciekawego coupe Mercedesa.
Utrzymanie starego auta wymaga sporo zachodu. Trzeba mu poświęcić czas i pieniądze. Co ma się w zamian? Ogromną frajdę z jazdy. Trudniejszej niż nowoczesnymi samochodami, ale niesłychanie satysfakcjonującej. – Nie ma ABS-u, nie ma wspomagania, więc trzeba na drodze być uważnym. Przy większych prędkościach jest też głośno. Ale daje radę na długich trasach, nawet takich, jak od nas nad morze – mówił nam właściciel Volkswagena Scirocco GTI z 1987 roku.



0 komentarze